Nocny przejazd bez świateł pod Sumami, błoto po kolana i szum dronów nad głową – od tego zaczyna się „Null” Szczepana Twardocha. Jeśli chcesz zrozumieć, jak ta powieść opowiada o wojnie w Ukrainie i czym różni się od jego wcześniejszych książek, to ten tekst jest dla ciebie. Zobaczysz, jak fikcja zderza się tu z reporterską obserwacją frontu i osobistym doświadczeniem autora.
Dlaczego „Null” porusza tak mocno?
„Null” to pierwsza duża polska powieść o wojnie w Ukrainie, napisana przez pisarza, który sam jeździł na front jako wolontariusz. Twardoch od lat wracał do motywu wojny w „Morfinie”, „Królu” czy „Wiecznym Grunwaldzie”, ale tam był to zwykle temat historyczny, filtrowany przez eseje, dzienniki i lektury. Tym razem wojna nie jest konstruktem intelektualnym, lecz faktem, który autor ogląda z bliska, dostarczając auta, kamizelki, drony i inny sprzęt jednostkom ZSU. To doświadczenie zmienia jego sposób pisania, a czytelnik wyraźnie czuje, że stawką nie jest wyłącznie literatura.
Główny bohater, „Koń”, to ochotnik Sił Zbrojnych Ukrainy o niemiecko‑ukraińsko‑polskich korzeniach. Siedzi w blindażu, w piwnicy pod betonowym stropem, gdzie nad głową latają drony, a artyleria co chwilę przypomina, że tu kończą się rozważania o gustach, a zaczyna walka o przetrwanie. Im bliżej tytułowego nulla, czyli strefy bezpośredniego kontaktu z przeciwnikiem, tym język staje się prostszy, krótszy i bardziej rozpaczliwy. Książkę otwiera zdanie „Nam pizda” – trudno o uczciwszą definicję emocji na linii frontu.
Jak Twardoch pokazuje wojnę w Ukrainie?
W „Nullu” wojna nie ma nic wspólnego z antycznym wyobrażeniem chwały, które symbolizuje przywołany na początku cytat z „Iliady”. Achilles wybiera między sławą a długim życiem, ale żołnierze tacy jak Koń, Szczur, Małpa czy Teksas nie walczą o pomniki. Dla nich front to błoto, zimno, czekanie w piwnicach i blindażach, lęk przed cichym bzyczeniem nad głową. To stan zawieszenia, coś pomiędzy snem a koszmarem, który dzieli ludzi na żywych, martwych i „jeszcze żywych”.
Twardoch mocno korzysta z opowieści żołnierzy, wojennych przesądów, mitologii frontowej. Opisuje jazdę nocą bez świateł po rozjechanych drogach, strach przed paranoicznymi żołnierzami obrony terytorialnej z pierwszych miesięcy inwazji, obcość pustych mieszkań blisko frontu, w których nadal leżą cudze zdjęcia i naczynia. To nie przypadkowy zestaw scen, ale zapis doświadczeń, które powtarzają się w relacjach wielu wolontariuszy i wojskowych. Między nimi pojawia się kontrast z Kijowem czy zachodnimi miastami, gdzie wciąż można iść na randkę czy dobry obiad. Kilka godzin jazdy samochodem dzieli te dwa światy, lecz psychiczna bariera bywa znacznie większa.
Widać też, jak autor świadomie opisuje napięcie między ochotnikami a poborowymi, między tymi, którzy na wojnę jadą z własnego wyboru, a tymi, którzy próbują jej uniknąć. Z kolei różnice między polskim a ukraińskim spojrzeniem na konflikt, krytyka Zełenskiego czy rządu w Kijowie oraz antyrosyjska postawa bohatera wynikają nie z publicystyki, ale z rozmów na linii frontu. Twardoch nie pisze o „Gondorze i orkach”, tylko o chaosie, absurdzie i konieczności walki, która mimo całej głupoty bywa jedyną realną opcją.
Fikcja czy literatura faktu?
„Null” stoi na granicy między reportażem a powieścią. Z jednej strony mamy fabułę „Konia”, postaci o pseudonimach i twist fabularny, z drugiej – precyzyjne detale dotyczące broni, pojazdów czy wojskowych zwyczajów. Autor stosuje metody bliskie reporterowi, opierając się na rozmowach z żołnierzami i własnej pracy wolontariackiej, a nie wyłącznie na eksperckiej lekturze. Fikcja pozwala mu jednak pójść dalej niż klasyczna literatura faktu, bo ułatwia ochronę źródeł i daje swobodę łączenia kilku historii w jedną scenę.
Warto zwrócić uwagę na liczne „łamańce” dla uważnego czytelnika. Pojawiają się odniesienia do „Bhagawadgity”, „Moby Dicka”, kryptocytaty z francuskich aforystów, praindoeuropejscy wojowie, dwuizbowy umysł w stylu Jaynesa. Twórczość Twardocha od lat przypomina grę w bingo: powracające zdanie „X jest sam, bo każdy jest sam”, pograniczne tożsamości, antropologia wojny, drobiazgowe technikalia. W „Nullu” dochodzi do tego nowy obszar – ekspertyza dotycząca dronów i wojny technologicznej, w której śmierć przychodzi z daleka, a operator siedzi wiele kilometrów od celu.
Na poziomie odniesień do rzeczywistości książka tworzy osobny kod, zrozumiały dla osób śledzących konflikt. „Szakal” to przepracowany literacko portret Wadyma Sucharewskiego „Borsuka”, kluczowe wątki nawiązują do raportu o przemocy seksualnej rosyjskich wojsk, a postać wolontariusza Maxa przypomina głośną aferę w środowisku pomagających armii. Dla wielu czytelników te tropy będą przezroczyste, lecz dla osób, które same jeździły do Ukrainy, powieść nabiera dodatkowej głębi.
Jeśli interesuje cię taka mieszanka literatury wojennej, eseju i prozy zaangażowanej, więcej tekstów w podobnym duchu znajdziesz na stronie: https://496.pl/.
Jak czytać „Null” dziś?
Czy powieść Twardocha jest przede wszystkim książką o wojnie w Ukrainie, czy raczej o wojnie jako stanie człowieka w ogóle? Odpowiedź zależy od twojej wrażliwości. Z jednej strony autor mocno osadza narrację w realiach po 2014 roku, od aneksji Krymu po pełnoskalową inwazję, wplatając w fabułę polityczne spory, kryzys na granicy polsko‑białoruskiej czy napięcia polsko‑ukraińskie. Z drugiej – zestawia to wszystko z wojną trojańską, dialogiem melijskim Tukidydesa, pytaniem Achillesa o sens sławy i życia.
Dla wielu czytelników najciekawsze będzie to, jak Twardoch rozmontowuje romantyczne wyobrażenie wojny. Nie ma tu epickich szarż, są za to:
- monotonne dni w okopach i piwnicach,
- trans czekania na ostrzał i rozkazy,
- prosta, czasem brutalna mowa żołnierzy.
Innych przyciągnie język dysocjacji „Konia”, który w sytuacji granicznej niejako dzieli się na dwie izby – obserwując siebie z zewnątrz, jak wielu ludzi w traumie. W tym sensie powieść łączy mocny realizm psychologiczny z formalnym eksperymentem, tak charakterystycznym dla autora „Dracha” czy „Sternberga”.
Dla części odbiorców ważna będzie też polityczna wymowa książki. „Null” nie jest propagandą ani antyukraińską, ani bezkrytycznie proukraińską. Pokazuje odwagę i solidarność, ale także zmęczenie, hipokryzję, egoizm. Zderza wygodę zachodniego miasta z betonowym stropem piwnicy, w której żołnierze kryją się przed ogniem artylerii. Ten kontrast działa dziś szczególnie mocno, bo większość z nas zna wojnę głównie z newsów i krótkich filmów w mediach społecznościowych.
Jeśli szukasz książki, która nie daje ukojenia, lecz raczej domaga się zajęcia stanowiska wobec wojny, „Null” spełnia to zadanie w całej rozciągłości. To lektura, po której łatwiej zrozumieć, dlaczego ktoś z własnej woli jedzie do blindażu, choć mógłby spokojnie zostać po „bezpiecznej” stronie ekranu.
Artykuł sponsorowany